Zastanawiam się czy warto jest kogoś obdarzyć bezinteresowną przyjaźnią, oddać się komuś bez pamięci, zaufać, a później stracić i cierpieć. Prawdziwi przyjaciele nie powinni odchodzić, a jednak tak się zdarza.
Kiedy już nastąpi ten moment odejścia zastanawiasz się czy napewno łączyło was to "uczucie", czy była to prawdziwa przyjaźń? Czy dobrze zrobiłaś powierzając komuś swoje życie i sekrety? Czy jesteś aż tak łatwowierna żeby uwierzyć każdemu kto mógłby być dla ciebie kimś więcej niż tylko znajomym? Czy naprawdę to co was łączyło nie było czymś wyjątkowym może inaczej, czy ta osoba nie była wyjątkowa?
Gdy zostaniesz tak strasznie zraniona trudno jest ci się pozbierać, odczuwasz wtedy niesamowitą pustkę, czujesz ból i słyszysz przerażający skowyt, który próbuje wydobyć się z twojego ciała.
To okropne, ja też jestem okropna, ponieważ nie raz zawiodłam, nie raz nie potrafiłam pomóc albo chociażby spróbować to zrobić. Bałam się i nadal się boję wyrażania uczuć, nie chcę żeby ktoś zauważył jaka jestem słaba, biorąc pod uwagę to, że zazwyczaj jestem zimną suką.
Teraz też straciłam przyjaciela i powinnam się tym zająć, ale chyba  nie chce. Jeśli ta osoba odeszła to znaczy, że nie byłam dla niej ważna, nie była warta mojego czasu i zaufania.
Nie żałuje tych dni wspólnie spędzonych, nie zapomnę tych chwil radości i smutku.
Dziękuję za wszystko i przepraszam, że nie próbuję i nie chcę naprawić tego co było.
Nie rozdrapujmy zaschniętych już ran.



5 rzeczy, które według mnie powinna zrobić w swoim życiu każda kobieta.

1.Mieć złamane serce.

 Myślę, że niespełniona miłość bardzo wiele nas uczy, kształtuje nam charakter, pozwala dostrzec wady innej osoby, ostrzega przed kolejnym niebezpieczeństwem. Jeżeli raz się sparzymy, stajemy się uważniejsze i mniej ufne. Tak naprawdę powinnyśmy wiele zawdzięczać mężczyźnie, który złamał nam serce, ponieważ pokazał nam czym jest prawdziwe życie, pokazał że nie zawsze będzie kolorowo.

2.Przeżyć prawdziwą i spełnioną miłość.

W tym wypadku nie musze dużo mówić. Zawsze znajdziemy kogoś kto odwzajemni nasze uczucie, kogoś kto pokocha nas nie za to co możemy dać, ale po prostu za to jakie jesteśmy, kogoś kto będzie usypiał nas pocałunkami i pocałunkami nas budził.

3.Stracić dziewictwo w najmniej odpowiednim miejscu i czasie.

Choć raz pokażmy jakie jesteśmy dzikie i nieokiełznane. Pokażmy, że drzemie w nas wulkan, że jesteśmy w stanie zrobić wszystko aby ten pierwszy raz był wyjątkowy i zapamiętany. Pieprzmy się w samochodzie, na klatce, w sklepie pomiędzy półkami czy w przebieralni. Zróbmy to z kimś poznanym tej samej nocy i miejmy świadomość, że nigdy więcej tej osoby nie spotkamy. Albo zróbmy to z miłości, zróbmy tak żeby było idealnie.

4.Na jedną noc zapomnieć o tym, że jest się damą.

Upić się do nieprzytomności, pieprzyć z kim popadnie, powiedzieć komuś, żę się go kocha, spróbować wszystkiego co do tej pory było nieosiągalne, być zimną suką, usłyszeć od kogoś, że jest się dziwką i po prostu o tym zapomnieć.

5.Spełnić przynajmniej jedno swoje marzenie.

Wyleczenie się z drugiego człowieka jest niemalże tak proste jak wyleczenie się z nałogu palenia papierosów. Wystarczy pstryknąć palcami i już zrobione, a jeśli dla kogoś nie jest to takie łatwe to szuka zastępczych środków, które pomogą zapełnić tę pustkę, brak czegoś co było niezbędne, co było nieodłączną częścią twojego życia.
Mimo, że jak wiadomo nałogowy palacz praktycznie zawsze wraca do głupiego przyzwyczajenia to nie jest to już takie samo przyzwyczajenie, nie czujesz już magii tego pierwszego razu kiedy wziąłeś do ust papierosa i w ukryciu przed całym światem napawałeś się jego wonią.
Podobnie jest z miłością, z zapomnieniem. Zawsze wspominasz jak to było po raz pierwszy, drugi czy setny, zawsze zakochujesz się od początku i upadasz pod ciężarem nałogu, zawsze wracasz do miłości, nie możesz się od niej uwolnić mimo, że wiesz jak bardzo może namieszać w twoim życiu, jak bardzo może je zniszczyć.
+mężczyzna z papierosem wygląda obłędnie, zwłaszcza on.

I swear. Wszyscy jesteśmy mutantami genetycznymi...




A teraz porównałabym się do piasku, zrównoważonego, czasami tylko rozwiewanego przez wiatr. Parzącego w stopy w upalne dni. Kryjącego bardzo wiele drobnych i niezauważalnych rzeczy. Zapisującego w swoim sercu i w swoich myślach ślady czyiś stóp. Słuchającego szumu oceanu, rozmyślającego i przede wszystkim nie różniącego się niczym od innych piasków na świecie.

Tysiąc inspiracji, tysiąc myśli, tysiąc niewypowiedzianych i wypowiedzianych szeptem słów, tysiąc nas.
Wiem. Wiem na tyle dużo, abym domyśliła się, o co chodzi.
Ale czym to jest spowodowane.? Tego nie wiem, a może nie chce wiedzieć.
Może chodzi o zbliżające się dni, spacery, alkohol, zerwane przyjaźnie, stracone kontakty, przelotne miłości, słońce, zabawę, ogniska, o nich, o muzykę, wyjazdy, spotkania, schodzącą z ciała skórę, spalone rzęsy, rozjaśnione od słońca włosy, wieczorna i poranna kawa na balkonie, mnóstwo czasu.
Może, nie wiem, wytłumacz mi to, pokaż, abym uwierzyła.
Wieczory są inspiracją, wieczory z kimś dają jeszcze więcej...
Cudownie jest spotkać po latach kogoś kto mógł być moją potencjalną miłością życia. Powspominać dawne czasy, w końcu powiedzieć sobie wprost jak było, a ja jak powinno być. Przeanalizować wzloty i upadki, pomarzyć co by było gdyby... I nareszcie przyznać się do tego, że żałowało się swoich decyzji, że mogło być inaczej, lepiej.
Teraz oboje się zmieniliśmy, nie postrzegamy siebie jako obiekty miłosne, ale jako zwykłych znajomych, jako kogoś kto kiedyś tam w dalekiej przeszłości popełnił wiele błędów, których nie mógł naprawić.
Winna jak zwykle byłam ja i przyznałam się do tego, nie wstydziłam się powiedzieć:"tak żałuje, że nic z tym nie zrobiłam, że bałam się tego co miało nadejść". Byłam głupią nastolatką, dla której liczyły się zupełnie inne wzorce niż teraz.
Takie momenty uświadamiają jak bardzo może zmienić się człowiek, jak bardzo zmieniłam się ja.

Jakie to dziwne uczucie kiedy patrząc na kogoś uświadamiasz sobie, że prawdopodobnie widzisz tę osobę po raz ostatni, że możesz jej już nigdy więcej nie spotkać. Jesteś zaniepokojona tym, że zdajesz sobie z tego sprawę, ale nic z tym nie robisz. Boisz się uczucia, które się w tobie zrodziło. Wolisz uciec cierpiąc w samotności niż spróbować tę osobę zatrzymać, bo nie chcesz pokazać swoich słabości, może nawet wstydzisz się tego uczucia. Wolisz złożyć na ustach tej osoby ostatni pocałunek i patrzeć jak spierdala ci szczęście niż złapać tę osobę stanowczo za rękę i nie pozwolić odejść.
To takie niesprawiedliwe, że rozum i serce dają ci sprzeczne sygnały. Ja zawsze idę za racjonalnym rozwiązaniem niż za prawdziwym uczuciem. Jeszcze nigdy nie słuchałam głosu serca. Żałowałam, ale czas przyzwyczaja o bólu. Wiem, że jeszcze nie raz i nie dwa wybiorę nie to czego chce, ale to co podyktuje mi rozsądek.

Mam tak wiele do powiedzenia, ale nie mogę zebrać myśli. Nie widzę od pewnego czasu koloru żadnego z wypowiadanych słów.
Coś dziwnego dzieje się w mojej głowie, coś czego nie rozumiem i podejrzewam, że inni też nie rozumieją. Dlatego bardzo często rodzi się we mnie poczucie samotności mimo, że otacza mnie tak wielu ludzi. Wewnętrznej samotności, która kuli się w kącie mojego umysłu i szlocha zagłuszając słowa i myśli innych osób.
Nie umiem przez nią wyrazić tego co czuję. Duszę się od środka, umieram i gniję. Jestem, bezsilna, a to takie żałosne.

Obserwatorzy